Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Strzęp drugi: Festiwal w mieście Gor

Layout: Silva
Ilustracja: Camille Kuo


01.03.2014

Strzęp drugi: Festiwal w mieście Gor

2013 rok.

 

Festiwal Czterech Ogni trwał już od dwóch dni. Każdy budynek przystrojony był bez umiaru czerwonymi i pomarańczowymi girlandami, przez co wydawało się, że całe miasto płonie. Gdzie kto znalazł odrobinę wolnego miejsca, tam zawieszał wężowate smoki z papieru, które miały przynieść pomyślność na resztę roku. Za dnia ulicami kroczyły smocze makiety niesione na tyczkach i przystrojone płomienistymi grzywami, zewsząd rozlegała się muzyka i bawili się ludzie; nocą zaczynały się kolejne widowiska, w których brali udział połykacze ognia i żonglerzy ognistymi pochodniami. Miasto Gor nie spało. Miasto Gor nieustannie płonęło.
         Na trzeci dzień Festiwalu zawsze przypadała Ceremonia Wybierania. Tego roku wydarzenie budziło większy niż zwykle entuzjazm, bowiem na Ceremonii miał się stawić sam Król Kości. Największa nerwowość panowała w pałacu namiestnika miasta, któremu dokładnie rok i trzydzieści osiem dni wcześniej urodziła się córka, jego drugie dziecko.
         Od rana w pałacu trwała gorączkowa bieganina. Nie wiadomo kiedy i o co namiestnik nieuważnie rozdarł sobie skraj szaty, więc służba stawała na głowie, by uszyć kolejną, bo nie wypadało samemu namiestnikowi pokazywać się na Ceremonii ze szwami czy łatami na ubraniu. Dostojna żona cierpliwie znosiła długie układanie fryzury.
         - Czy to naprawdę konieczne? - zapytała, nie odwracając głowy w stronę męża, by nie utrudniać służącej pracy. - Król Kości ani jego orszak nie dbają o takie szczegóły, jak ludzkie fryzury czy niedoskonałości ubioru.
         - Oczywiście, że konieczne! - Namiestnik stał nieruchomo, podczas gdy upinano na nim nową szatę. - Królewski sekretarz byłby oburzony, gdybyśmy nie przystroili się odświętnie. Mógłby szepnąć Królowi, że to oznaka naszego braku szacunku...
         Służąca właśnie włożyła ostatnią szpilkę między hebanowe włosy dygnitarskiej żony; odsunęła się od swojej pani i skłoniła krótko. Dostojniczka poruszyła zesztywniałą od długiego bezruchu szyją i powstała z krzesła.
         - Wyglądasz olśniewająco, kochanie - rzekł namiestnik. - Nawet orszak Króla Kości będzie tobą zachwycony.
         - Akurat w to wątpię, drogi mężu...
         Wielka pani podeszła do stojącej niedaleko kołyski. Obok leżały już przygotowane czerwone i złociste jedwabie, wyszywane złotą nicią w smoki i płomienie. Ceremonia była coraz bliżej.
         W kołysce spała spokojnie dziewczynka; córka namiestnika niespełna miesiąc temu ukończyła wiek niemowlęcy. Duża główkę zdobiła szczecina białych, mlecznie lśniących włosów.
         - Leireen naprawdę zostanie wybrana?
         - Tak sądzę. - Namiestnik spojrzał na pochyloną nad kołyską żonę. - Ze wszystkich dzieci tylko Leireen ma odpowiednio wysokie pochodzenie. Poza tym sama widzisz, jej włosy... Powinniśmy być wdzięczni, że to właśnie nas spotka ten zaszczyt.
         - Sześć lat temu też tak mówiłeś...
         - Tak, ale wtedy Król Kości nie wybrał żadnego dziecka, prawda? W ogóle nie brał udziału w Ceremonii w żadnym z miast. Może po prostu było jeszcze za wcześnie. Ach, skończyliście? - Obrócił się przed wysokim lustrem trzymanym przez służących. Ciemnoczerwony materiał lekko załopotał. - Doskonała. Tak. Wszystko musi być doskonale.
         Żona popatrzyła na męża spojrzeniem pozbawionym wyrazu.
         - Chewan nie chce brać udziału w Ceremonii.
         - Będzie musiał. Jest moim synem, członkiem rodziny i musi nam towarzyszyć. Co by sobie Król Kości pomyślał?
         Pomyślałby, że to jedna mrówka mniej, przemknęło żonie namiestnika przez głowę, ale nie powiedziała tego na głos.
         - Jest zły o to, że nie został wybrany. Mężu, obawiam się, czy on...
         - Czy chce, czy nie, musi być obecny. Ile jeszcze zostało czasu?
         Kolejna godzina upłynęła w nerwowym oczekiwaniu. Wreszcie nadszedł czas - dygnitarska rodzina wyszła przed pałac, gdzie czekały już na nich pomalowane na czerwono lektyki. Żona namiestnika niosła w rękach małą Leireen owiniętą w barwne jedwabie. Tuż za nią kroczył Chewan; drobna twarz sześciolatka ledwo była widoczna spomiędzy warstw szaty. W butach o spiczastym, zadartym nosku i w oficjalnym kapeluszu przypominał raczej lalkę niż żywe dziecko.
         Namiestnik kroczył na samym przedzie. Przy każdym kroku długie języki czarnego materiału, umocowane po obu stronach kapelusza na sztywnych wkładkach, kołysały się lekko w dół i w górę.
         Zajęli lektyki i pochód, złożony ze służby, niewolników i osobistej straży, ruszył w stronę Niebiańskiego Placu. Tam właśnie miał przybyć Król Kości wraz ze świtą. Żona namiestnika wyglądała za ażur drewnianych drzwiczek lektyki, nie mogąc pozbyć się złych przeczuć. Leireen wciąż się nie obudziła; dziewczynka zachowywała się zdecydowanie zbyt spokojnie, biorąc pod uwagę żywość jej charakteru.
         Kiedy opuścili teren pałacu, dołączyła do nich procesja urzędników z miasta i pobliskich prowincjonalnych miasteczek. Jeszcze dalej szła szlachta, a na końcu mieszczanie, w kolejności zgodnej z hierarchią każdego mieszkańca. Gdy dotarli do Placu, podążało już za nimi niemal całe miasto.
         Niewolnicy zanieśli lektyki na drugą stronę ogromnego, wykładanego równą kostką dziedzińca, po czym weszli po kamiennych schodach na taras. Towarzyszyła im osobista straż namiestnika. Pozostali uczestnicy procesji ustawili się na placu. Pomiędzy pierwszym rzędem i podwyższeniem pozostał szeroki pas pustego miejsca.
         Lektyki zostały odstawione na ziemię. Namiestnik wraz z rodziną stanęli na skraju tarasu. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu, wpatrując się w niebo.
         - Oby ją wybrał - mruknął namiestnik pod nosem. - Niebiosa, pomóżcie...
         Przez długi czas nic się nie działo. Chmury leniwie przepływały po nieboskłonie, formowane wiatrem w fantazyjne kształty. Aż wreszcie pojawiło się między nimi kilka małych, czarnych plamek, później kilkanaście, które rosły coraz bardziej, rozłożone jak ptaki w locie.
         Namiestnik czekał na odpowiednią chwilę, zdając sobie sprawę, że dla własnego dobra nie może pozwolić sobie na najdrobniejszą pomyłkę. Cienie w górze rosły i rosły, przypominały monstrualne ptaki, aż wreszcie zbliżyły się na tyle, by odbijające się od łusek słońce rozjarzyło je niczym klejnoty. Namiestnik uniósł rękę.
         Z obu stron placu wystrzeliły w górę kolumny ognia i iskier. Przez zgromadzony tłum przemknął nabożny pomruk, gdy pierwsza fala wiatru uderzyła w Plac, co słabszych przyginając ku ziemi. Głośny ryk przetoczył się po dziedzińcu, aż zadrżała ziemia, drugi podmuch przydusił szeregi mieszkańców, wszyscy przypadli do posadzki, pochylając głowy. Na cały Plac padł cień.
         Głuchy grzmot wstrząsnął miastem, gdy kilkanaście potężnych sylwetek zwaliło się ciężko na Niebiański Plac. Namiestnik natychmiast dał znak bębniarzom i już po chwili rozległo się miarowe dudnienie.
         Smoki - wielkie, potężne, o skórzastych skrzydłach i pokryte mieniącymi się w słońcu łuskami - popatrzyły na zebraną ciżbę. Wszystkie były do siebie podobne, z jaszczurzymi ogonami, długimi i giętkimi szyjami, o łbach uwieńczonych koroną rogów. Wśród nich jeden się wyróżniał: był większy i masywniejszy od pozostałych, a nad obojczykiem zdobiła go kryza grubych kolców. Jego łuski przypominały szkło, wiele warstw grubego szkła stopionego w litą całość; wpadające w nie światło rozbłyskiwało białymi cętkami po całym placu.
         Namiestnik i jego rodzina skłonili się. Bębny ucichły jednocześnie.
         - Mam zaszczyt powitać waszą dostojność w mieście Gor, Królu Kości.
         Białe, lekko błękitne ślepia szklistego smoka spoglądały z góry na dygnitarza. Same nozdrza Króla Kości były tak wielkie, że Chewan mógłby się w nich schować jak w norze.
         - Witaj, namiestniku. - Głęboki pomruk smoka sprawiał, że przez ciało mimowolnie przebiegało drżenie. - Zaczynajmy.
         Kilka smoków ze świty króla miało na grzbietach umocowane siedzenia, z których właśnie zsuwali się królewscy urzędnicy, w tym nadworny sekretarz. Dygnitarz, ubrany w ciepły płaszcz i kapelusz odpowiedni do podniebnej jazdy, razem z towarzyszącymi mu prelegentami wkroczył na taras. Ukłonili się odpowiednio rodzinie namiestnika.
         Namiestnik popatrzył znacząco na żonę. Dostojniczka zacisnęła mocniej wargi i wyszła na przód, z białowłosą dziewczynką w ramionach. Owinięte w jedwabie dziecko było drobinką przy ogromnym smoku, jak pestka jabłka przy dojrzałym melonie. Król Kości ledwie na nie spojrzał.
         - Może być - mruknął.
         Zebrani na placu na moment zastygli w bezruchu, niepewni, czy właśnie stało się to, na co wszyscy czekali. Namiestnik ocknął się jako pierwszy - piastując tak wysokie stanowisko musiał reagować szybko - i dał znak. Przez cały Plac przebiegł wysoki, dźwięczny odgłos gongu, a ludzie szybko wstali z ziemi i wznieśli radosny okrzyk.
         Rozpoczęła się druga część ceremonii: na przód szeregu wysunęły się matki z dziećmi, niemowlętami albo niewiele starszymi, które jeszcze nosiło się na rękach. Pozostałe smoki pochylały się nad nimi, wąchały i przyglądały się, a tymczasem Król Kości leniwie odszedł na bok, dudniąc przy każdym kroku i zamiatając plac długim ogonem. Namiestnik, ucieszony szczęściem, jakie spotkało jego rodzinę, nadzorował przebieg całej uroczystości wraz z towarzyszącym mu nadwornym sekretarzem.
         Tylko jego żona i syn Chewan wydawali się być niezadowoleni, jako jedyni pośród wszystkich zebranych na Niebiańskim Placu.

 


 

Gahrain, ciemnobrązowy smok o matowych łuskach, nie zainteresował się nawet dziećmi, jakie im przyniesiono. Ignorując ludzi poczłapał w stronę Króla Kości.
         - Nie podobają mi się te bachory - wywarczał. Ludzie nigdy nie pojęli prawdziwego języka smoków, który składał się z warknięć, ryków, pomrukiwania i gulgotania, ale nawet gdyby któryś mógł go zrozumieć, i tak nie zwróciłby na niego uwagi.
         - No to wybierzesz sobie za rok - odwarknął Król Kości. Kolczasta kryza wyrastająca z jego obojczyka zadrapała posadzkę placu.
         - Długo już czekam. Chcę sobie wybrać ludzkie potomstwo, ale nie z tych, które tu przynieśli. Chcę poszukać w mieście.
         Szklisty smok wzruszył potężnymi skrzydłami.
         - Bierz, co chcesz.
         Zadowolony Gahrain rozłożył skrzydła; jednym machnięciem zagarnął pod siebie masy powietrza i skoczył w górę, wylatując nad Plac i ponad miasto. Gor z góry przypominało owal: właściwe miasto było otoczone okrągłym murem, a wokół niego skupiały się, jak białko wokół żółtka jajka, dzielnice biedoty i niewolników. Smok skierował się w ich stronę.
         Smoki różniły się od ludzi. Było pośród nich sprawą całkowicie naturalną, że nie cierpią siebie nawzajem, a Gahrain szczególnie nienawidził Króla Kości. Skoro ten wybrał sobie człowieka, to on też wybierze, i zadba o to, by wybrany był wyjątkowy i pod każdym względem lepszy od jakiejś córki namiestnika. Namiestnik! Też coś! Ludzkie urzędy były zabawną sprawą, hierarchią mrówek.
         Chociaż Gahrain musiał przyznać, że jego syn wyglądał interesująco. Ale był już zbyt wyrośnięty, by go wybrać. A pozostałe potomstwo na placu było zbyt zwyczajne jak na jego gusta.
         Wylądował na jednej z chat, nie przejmując się popłochem i krzykami ludzi. Dach zapadł się pod jego cielskiem, zgniatając dom niemal na płasko. Rozejrzał się; tutaj mieszkali sami niewolnicy, nic więc dziwnego, że nie byli obecni na placu.
         - Macie tu dzieci? - burknął na nich z góry. - Przynieść je! Już!
         Niewolnicy przez chwilę patrzyli po sobie ze zdezorientowaniem i nie ruszyli się, póki smok nie ryknął głośno. Tłum od razu rozbiegł się do chat. Gahrain rozsiadł się wygodnie na resztkach dachu i ścian; zawinął wokół siebie ogon jak kot, przypadkiem rozbijając kamienną studnię, czego nawet nie zauważył.
         Smoki miały szczególnie wrażliwy węch. Rozróżniały aromaty i zapamiętywały je równie dobrze, co ludzie kolory. Teraz, wdychając zapachy dzielnicy niewolników, Gahrainowi wydało się, że pomiędzy pasma woni ludzi, zwierząt, słomy i szaleju wdarła się obca nić, równie wyraźna jak fałszywy ton w jednolitej melodii.


Z zewnątrz dobiegały przytłumione krzyki. Qun nie miała pojęcia, co się dzieje, a za bardzo się bała, by wyjrzeć na zewnątrz; jeszcze parę chwil temu ziemią wstrząsnęło, a potężny podmuch wiatru wdusił pył i piach z ulicy do środka chaty.
         - Nie płacz - powiedziała czule do zawiniątka, które trzymała w ramionach. - Nie płacz, nie płacz...
         Dziecko nie uspokoiło się. Qun popatrzyła bezradnie na czerwoną od płaczu buzię. Sama była równie wystraszona, co jej córka.
         - Qun! Jesteś tutaj?
         W wejściu do chaty pojawił się mężczyzna w zgrzebnej todze niewolnika. Widząc ją, obejrzał się nerwowo za siebie i szybko wszedł do środka.
         - Targon? Co się dzieje? Co to było?
         - Jest tutaj smok. - Podszedł do niej i zrobił taki ruch, jakby chciał jej zabrać dziecko, więc cofnęła się odruchowo. - Nie ma czasu, trzeba ją stąd zabrać, bo jeśli ją znajdzie, zabije nas wszystkich!
         Ziemia nagle znów zadrżała; z sufitu poleciały okruchy zaprawy. Mężczyzna chwycił Qun za ramię i niemal siłą wyciągnął z chaty, rozejrzał się bezradnie po zabłoconych ulicach, po czym pociągnął ją w stronę murów miejskich.
         Qun zdążyła się jeszcze obejrzeć i nabrała powietrza w płuca, by ostrzec Targona, ale zanim zdążyła krzyknąć, wielki cień przemknął nad nimi i w sam środek ulicy gruchnęło smocze cielsko. Siła uderzenia o mało nie zwaliła ich z nóg, wzbite w powietrze błoto ochlapało im twarze i ściany pobliskich chat.
         - Nigdzie nie idziecie - warknął smok, trzymając łeb nisko nad ziemią. Niemal szorował brodą ziemię, a mimo to jego nos znajdował się na poziomie ich głów. Qun wstrzymała oddech, gdy smocze nozdrza zbliżyły się i zadrgały lekko. Żółte ślepia z pionową źrenicą, wielkie jak talerze, wpatrywały się w zawiniątko w jej rękach. - Gdzie jest ojciec?
         - Nie żyje! - odkrzyknął Targon, zanim Qun zdążyła choćby pomyśleć nad odpowiedzią. Smok warknął i cofnął łeb; gadzia głowa przesunęła się po długim łuku w górę, na wysokość miejskiej kamienicy, a potem obróciła się powoli w lewo i w prawo, gdy smok się rozglądał.
         - Tutaj go na pewno nie ma - burknęła bestia jakby do siebie. Smok znów spojrzał w dół, na dwójkę niewolników i dziecko. - Powinienem was wszystkich zabić!
         Jak na potwierdzenie tych słów smagnął ogonem w pobliską chatę. Słomiany dach praktycznie wystrzelił w powietrze, przeleciał im nad głowami i uderzył w inną chałupę. Obsypał ich deszcz witek słomy. Qun przywarła odruchowo do mężczyzny, mocno przyciskając córkę do piersi.
         - Ale chcę tego bachora - kontynuował smok. - Wrócę za pół roku, jak już przestanie śmierdzieć... nieczłowiekiem. - Z mięsistych nozdrzy uleciały smużki dymu. - A jeśli go nie dostanę, spalę całe to miasto, rozumiecie?
         Nie czekał nawet na odpowiedź; rozłożył wielkie jak żagle skrzydła i skoczył w górę. W jednej chwili zdmuchnęło z nich całą słomę, raz jeszcze cień przysłonił całą okolicę - i smok odleciał.


Ceremonia Wybierania miała się już ku końcowi. Chewan nakłonił matkę, by przekonała ojca do pozwolenia mu na wcześniejszy powrót do pałacu. Teraz siedział w swojej lektyce, a niewolnicy nieśli go w stronę domu.
         - Wyglądasz na rozzłoszczonego, wielki książę. Czy nie cieszysz się, że opuszczamy już tę nudną uroczystość?
         Chewan poprawił się na miękkich poduszkach. Praktycznie cała lektyka była nimi wyłożona, przez co przypominała jedno wielkie łoże. Na drewnianych ściankach wymalowano chmury i błądzące między nimi wężowate smoki. Po głowie jednego z nich wspinała się właśnie niewielka, mieniąca się tęczowo jaszczurka.
         - Nie jestem księciem - odburknął chłopiec. Jaszczurka zniknęła, a zamiast niej pojawił się fruwający po wnętrzu lektyki koliber.
         - Ale jesteś synem namiestnika - zakwilił ptak wysokim, cienkim głosikiem. - To prawie tak, jakbyś był księciem. Praktycznie nim jesteś, bo nie ma żadnych oficjalnych książąt.
         Chłopiec nic nie odpowiedział, wciąż naburmuszony. Koliber na moment zawisł w powietrzu, wyczuwając zły nastrój towarzysza; w mgnieniu oka napuchł, a drobnego ptaszka zastąpił tłusty indyk, który dumnie rozsiadł się na jednej z poduszek. Zagulgotał i łypnął żółtawym okiem na Chewana. Chłopca to rozbawiło - w końcu się uśmiechnął.
         - Smoki cię nie znajdą?
         - Nic się nie martw, mój książę. - W miejscu indyka leżała już kobra o białych jak mleko łuskach, wpatrując się w chłopca błękitnymi oczami. - Czy to nie wspaniale, że twoja siostra została wybrana? Pozbędziemy się jej z domu.
         Chewan zmarszczył brwi; policzki lekko mu się zaróżowiły.
         - Wcale nie chciałem się jej pozbyć...
         - Książę, przede mną nie musisz udawać. - Bury kot przeciągnął się leniwie na poduszce. - Przecież jesteśmy przyjaciółmi. Prawda?
         W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedział kot, teraz podskakiwał kolorowy karp, na przemian otwierając i zamykając pyszczek. Chłopiec zaśmiał się.
         - Wiesz, książę - kontynuował niewielki piesek, który jeszcze mgnienie oka temu był karpiem - zbliża się burza. Czy czujesz ten zapach?
         - Nie... czuję tylko drewno. - Chłopiec przybliżył buzię do ażurowego okienka drzwiczek, ale przez niewielkie otwory niewiele było widać. - Kiedy byliśmy na Placu, była ładna pogoda.
         - Gromadzą się chmury. Dzisiaj wieczorem będzie grzmiało.
         Pieska już nie było, ale ku Chewanowi podleciała duża, złocista mucha. Wylądowała na materiale jego rękawa.
         - Tak. Będzie burza...